FANDOM


Notka : Opowiadanie jest autorstwa BananowegoHajsa.


Idę powolnym krokiem przez ciemne ulice zapchlonego miasta, które z dumą nosi nazwę "Carorell". Miejsce przepełnione barami, spelunami, burdelami i innymi śmierdzącymi miejscami, w których można się dobrze napić za dość niską cenę, a przy okazji zaliczyć kilka średniej urody kobiet. Mieszkańcy raczej nie wielbią się w ciężkiej pracy umysłowej, tym bardziej dotyczy to tancerek z okolicznych pubów, którym wystarczy zaledwie kilka złotych monet do dobrej zabawy. Niewielu jednak to przeszkadza, w końcu to nie z punktami IQ odbywa się stosunek płciowy.


 Carorell. Boże, jak ja kocham to miejsce. Banda naiwniaków i banda kretynów, którzy niczego nie potrafią dobrze zrobić, a poza murami miasta niewielu z nich poradziłoby sobie. Jednym z takich właśnie wyjątków jestem ja. Zdziwiony? Hah, tak, pochodzę z tej parszywej mieściny i z wielką radością wyruszyłem w drogę, byle tylko znaleźć się jak najdalej od rodzinnego miasta. Kochałem moją matkę, kochałem mojego ojca i kochałem wszystkich jedenastu moich braci, ale rany... ile czasu mogłem poświęcić na marnotrawstwo mojej młodości, mojej zwinności i mojej urody? Dlatego też wyruszyłem w drogę, a życie w Carorell nauczyło mnie jednego - żeby dać sobie radę w tym świecie spowitym obłudą i kłamstwem, muszę nauczyć się być sprytnym, przebiegłym i całkowicie wyzbyć się moralności. Mając tak liczne rodzeństwo (czasami zastanawiam się, czy moim rodzicom aż tak się tu nudziło) nie ma innej możliwości, jak nauczyć się tego wszystkiego do szóstego roku życia. W wieku ośmiu lat potrafiłem już niepostrzeżenie kraść słodycze i grać na bandżo. W wieku jedenastu potrafiłem wygrywać niemal każdą partię pokera. Mając trzynaście, po raz pierwszy ujrzałem w całej swojej okazałości kobiece piersi. Piętnaście - założenie własnej grupy estradowej z kumplami od taniego bimbru. Rok później nasz znany już na całą okolicę zespół rozpadł się i postanowiłem samotnie wyjechać w świat, mając u boku tylko stare bandżo, butelkę whisky i od czasu do czasu ładną panienkę. Lubię ładne panienki.


 Zwiedzałem świat, nawet nie zwracając większej uwagi na to, gdzie jestem. Póki uwodziłem i naciągałem bogatych mieszkańców, byłem szczęśliwy. Pieniądze, pieniądze, pieniądze, pieniądze. Lubię pieniądze prawie tak samo, jak panienki. Lubię pieniądze i lubię je zdobywać, i lubię je wydawać. Szczególnie wydawać.


 Mijałem wiele miast, miasteczek, mieścin. Mijałem wiele wsi, działek, ruin i innych miejsc, w których raz zostawałem dłużej, a raz zmywałem się niemal od razu. Byłem obiektem westchnień wielu kobiet, byłem karany za wiele kradzieży i bójek. Byłem poszukiwany w większości z tych wszystkich miejscowości i nawet zabrałem ze sobą na pamiątkę kilka listów gończych, które były bardzo ładnie zrobione. Chodziłem ulicami, odwiedzałem wszystkie bary, wypijałem kilka kuflów whisky. Wchodziłem na estradę, jak za dawnych dobrych czasów i zaczynałem grać skoczne piosenki, których rytm porywał wszystkich do tańca. Czasami tylko nuciłem, a czasami śpiewałem. Później, gdy wszyscy byli już wystarczająco pijani i wystarczająco zajęci, zbliżałem się do niektórych klientów i zwinnie wysuwałem pieniądze z ich kieszeni. To było dziecinnie proste.


 No i wróciłem, kochane Carorell! Minęło niemal dziesięć lat, od kiedy cię opuściłem. Ale teraz już jestem, wreszcie na starych śmieciach. Zwiedziłem już większość znanej części Kraju, wyjechałem nawet poza Kraj. Widziałem rzeczy i stworzenia, o których nie śniło się filozofom.


 Tak więc, kroczę ciemnymi ulicami tego zapchlonego, ale wspaniałego miasta i kieruję się w to samo miejsce, co zawsze. Bar. W Carorell istnieje jedyny bar, który śmierdzi zdechłymi szopami, a w którym przesiadują sami szlachcice z całego Kraju. Mają w zwyczaju ignorować mieszkańców i każdego nazywać śliską żmiją i menelią. Ale zawsze są tam panienki i pieniądze.


 Docieram na miejsce i z uśmiechem na twarzy wchodzę do środka. Jest tam głośno i ciepło, a w powietrzu roznosi się zapach wódki i wina. Huhu, na bogato. Idę przed siebie, próbując przejść niezauważonym, co jest nieco ciężkie, gdy przez błękitne i czerwone suknie przedziera się gość w brudnej i skórzanej kurtce, z kilkudniowym zarostem i ubłoconymi ciężkimi buciorami. Wreszcie zauważam ją.


 W czerwonym bereciku i szkarłatnej sukni siedzi wśród gburowatych facetów i roześmianych kobiet. Siedzi do mnie tyłem i od czasu do czasu popija białe wino, trzymając kielich zgrabną dłonią w białej aksamitnej rękawiczce. Uśmiecham się jeszcze szerzej i podchodzę do niej. Jej towarzystwo spogląda na mnie podejrzliwie, a gdy zakrywam dłońmi panience oczy, nie mogą wydusić ani słowa. Kobieta zaczyna się chichrać, jakby dymali ją pawim piórkiem.


 - Spróbuj zgadnąć, kim jestem - mówię ochrypłym głosem i zbliżam usta do jej szyi - Dalej, próbuj.


 Panienka zastyga w bezruchu, czując ciepło moich warg na swojej skórze i szybkich ruchem wyrywa się. Odwraca w tył i w jednej chwili robi kwaśną minę, zakrywając się torebką.


 - Ugh - jęczy z nieurywanym obrzydzeniem - Dzikus.


 Uśmiecham się i posyłam jej buziaczka. Szybkim ruchem podsuwam do ich stołu krzesło, szurając nim po drewnianej podłodze. Towarzystwo lekko się odsuwa, najwyraźniej są zdziwieni moim zachowaniem. I dobrze. Będą jeszcze bardziej naiwni.


 - Wiesz, kochana - zaczynam i widzę, jak się krzywi - Powinnaś wiedzieć, że taki dzikus jest o niebo lepszy od tych kloców.


 Wskazuję na jej kompanów, którzy obruszeni wycierają kąciki ust serwetkami. Czuję na sobie spojrzenia klientów. Jest coraz lepiej.


 - Jeśli chcesz - kontynuuję - możesz sama się o tym przekonać.


 - Knur - mówi zdenerwowana i odwraca głowę - Czego tu szukasz, dzikusie?


 Śmieję się przez chwilę i sięgam po jeden z kielichów, który stoi na stole. Wino rozgrzewa mój język i sprawia, że się uśmiecham. Pochylam się do przodu i patrzę na twarze wszystkich zebranych. Są skupieni.


 - Opowiem wam pewną historię - mówię tajemniczym tonem - Historię, która was zadziwi, rozbawi, zasmuci. Wstrząśnie wami dogłębnie i sprawi, że nie będziecie mogli o niczym innym myśleć. Opowiem wam historię, prawdziwą historię, która wydarzyła się kilka lat temu, a w której występują wiedźmy, czarownice, demony, piraci i smoki.


 - Smoki? - słyszę głosy powątpiewania - Smoki już dawno wyginęły, człowieku.


 Śmieję się znowu i kładę nogi na stole. Zaschnięte błoto odkleja się od podeszwy butów i wpada do talerza jednego z gości.


 - Nie istnieją? - pytam z rozbawieniem - Jejku, tak mało wiesz o życiu. Czy kiedykolwiek wyszedłeś z tego miasta? Czy kiedykolwiek widziałeś coś innego niż dziwki, alkohol i świnie? No właśnie. Więc zamknij pysk i słuchaj.


 - Dzikus - mruknęła pod nosem panienka.


 - Słuchaj, kochanie - zaczynam - Ja opowiadam, a ty słuchasz. Później możemy się zabawić w jednym z wolnych pokoi. Teraz zamknij swoje słodkie usteczka i zamień się w słuch. Ta bajka ci się spodoba.


 W barze zapanowała kompletna cisza. Wszyscy wyczekiwali mojej opowieści.


 - Wyobraźcie sobie - zaczynam - że zwiedzam cały świat. Wchodzę w każdy zakątek naszej planety i przekazuję opowieści, które zasłyszałem od ludzi, których spotkałem. Sam też opowiadam swoją historię i mówię o swoich przygodach. I wtedy trafiam do pewnego miasta...


 Z pozoru wygląda normalnie. Phi, nawet całkiem przeciętnie. Typowa architektura dla niezbyt zmodernizowanej mieściny. Po zwiedzeniu DizzCity niewiele rzeczy może mnie zadziwić. Nie mogę sobie jednak odpuścić sprawdzenia każdego kąta tej miejscowości, więc upijam łyk mojej whisky i ruszam do przodu. Szuram nogami po drodze usypanej z piasku i rozglądam się dookoła. Nic specjalnego. Budynek za budynkiem, gdzieś w oddali korony drzew pobliskiego lasu. Spokojne miejsce, myślę sobie. Bardzo spokojne. Cholernie spokojne. Boże, czy ktokolwiek tutaj żyje?!


 Słyszę skrzypnięcie drzwi i odruchowo odwracam się w tył. Kątem oka zauważam, że z budynku wybiegają trzy niewysokie postacie, jednak nie mam czasu na dokładne przyglądnięcie się każdej z osobna. Wysoki dźwięk sprawia, że czuję ból w uszach.


 Ze skwaszoną miną śledzę biegające dookoła dziewczynki, które śmieją się, piszczą i "bawią", ale ich zabawa przypomina raczej poganianie dzikiej kuny w środku buszu. Przygryzam wargi, irytacja powoli zaczyna brać nade mną górę. Dzieci wreszcie się orientują, że ktoś tu właśnie z całego serca modli się o możliwość dokonania aborcji już po narodzinach. Powoli się prostuję i zamierzam z powrotem ruszyć przed siebie, gdy zauważam na szyi jednej z nich całkiem ładne cacko. Wiem, że okradanie dzieci z kieszonkowych zegarków jest dość niedojrzałe, ale złoto to złoto. A złoto się przyda. O ile to złoto.


 Dziewczynka, która okazała się być szczęśliwą posiadaczką cennego nabytku, ma na sobie czarną sukienkę, na którą falami opadają złociste włosy dziecka. Biega boso po szarawym piasku, nie przejmując się tym, że jeśli tak dalej pójdzie, to najprawdopodobniej już wkrótce będzie musiała amputować stopy.


 Chrząkam cicho i spoglądam ostrożnie na wciąż bawiące się małolaty. Nie skupiam uwagi na niczym innym, jak tylko na sposobności do zakradnięcia się do tej małej blondyny i zerwaniu z jej szyi zegarka. Złoto, złoto, złoto.     Ale nie spodziewam się szybkiej reakcji ze strony jej koleżanek. Czuję, że jedna z nich uwiesza się na moich plecach i wbija we mnie paznokcie. Trochę boli, trochę łaskocze, ale bardziej boli niż łaskocze.


 - Ty zły i niegrzeczny panie! - słyszę jej pisk - Jak śmiesz zabierać rzeczy Bananka?!


 Bananka? Co znowu za Bananek?     Zrzucam dzieciaka z siebie i zdyszany odwracam się w jego stronę. Mam zamiar zapytać "co to, do cholery, miało być", ale w wydaniu jakiegokolwiek dźwięku przeszkadza mi pewien widok. A mianowicie, kocie uszy.     Tak, urocze stworzenie, które stało przede mną z wyciągniętymi pazurkami, miało na głowie sterczące puchate uszka, które powinny występować jedynie u słodziutkich koteczków i niedźwiadków.


 - Nie dotykaj Bananka - mówi zjąknięta postać i po chwili kuli się.


 - Jakiego... - zaczynam, ale czuję, że coś wpada na mnie z impetem.


 - Pedofilia! - słyszę krzyk - Pedofilia się szerzy!


 Patrzę na osobnika, który dociska mnie do ziemi i próbuje obezwładnić. Wreszcie podnoszę się w górę i odchodzę krok od napastnika. Butelka whisky wypada z mojej kieszeni i turla się radośnie w dół drogi. Cholera.


 - Jaka znowu pedofi... - zamierzam krzyknąć, ale znowu staję oniemiały - Serio? - pytam z niedowierzaniem, opuszczając zrezygnowany ramiona - Pieprzony Pikaczu?


 Dziewczyna krzyżuje ręce na klatce piersiowej i odwraca głowę, stając w pozie "FOCH". Po szybkim "phm", poprawia kasztanowe włosy wystające spod kaptura, który jest częścią bluzy przypominającej Pikachu. Fanatyczka Pokemonów?     Już zamierzam coś powiedzieć, gdy słyszę dziecięcy głosik. Wredny głosik. Irytujący głosik. Radosny głosik. Boże, dlaczego to stworzenie musi być takie... ugh.


 - Ale fajna gitarka! - krzyczy.


 Odwracam się niemal natychmiast i już po chwili jestem przy posiadaczce zegarka. Wyciągam rękę, by odebrać jej moją własność, ale dziewczynka z wrednym uśmieszkiem chowa bandżo za swoimi plecami.


 - A nie dam - szczerzy zęby.


 Pieprz się, myślę.


 - To moje! - krzyczę, jak małolat, ale po chwili chrząkam i poprawiam się - To należy do mnie, dziewczynko. Oddaj mi to.


 - A nie oddam! - krzyczy radośnie, a ja mam ochotę trzepnąć ją w dziecięcą mordę.


 - Oddaj - mówię łagodnie - Rodzice cię nie uczyli, że nieładnie jest kraść?


 - Hyhy - śmieje się - Witaj w CreepyTown, w świecie, gdzie apokalipsa jest co drugi dzień, a przed tobą stoi sam bóg.


 Co.


 - Słuchaj - zaczynam lekko zniecierpliwiony - Nie obchodzą mnie wasze zabawy. Wróć sobie do tych koleżaneczek, tego wybryku natury i tej małej pokemonozjebki. Mam to w nosie. Wymyślaj dalej niestworzone historyjki i mów dalej, że twój ojciec to Hitler, a matka to Stalin. Poważnie, nie obchodzi mnie to. Ale oddaj mi moje bandżo.


 - To gitarka - poprawia mnie.


 - Tak, tak. Gitarka.


 - Tak właściwie to chyba bandżo - słyszę głosik kotki.


 - Ta, chyba ta - wtrąca się Pikachu.


 Powoli zaczynam się denerwować. Zaciskam zęby i syczę, tym samym omal nie plując na własną kurtkę. A dzieci tylko się uśmiechają, jakby właśnie widziały replikę Świnki Peppy. W końcu nie wytrzymuję i rzucam się na smarkulę, która właśnie zaczynała szarpać za struny mojego bandżo. Jej oczy robią się większe, a na twarzy pojawia cień zaskoczenia.


 - Tata! - krzyczy, a ja po chwili czuję, że coś mnie dociska do ziemi - Hyhy, nie pognieć go za bardzo.


 - Jasne - mówi ogromna postać, której łuskowate coś miażdży mi kręgosłup - Nie mam zamiaru. Zrobi to Strange.


 Widzę kątem oka szerokie skrzydła i ogromny pysk. Po chwili zauważam grube pazury i błyszczące łuski okalające ciało stworzenia.     Zajebiście, właśnie siedzi na mnie... SMOK?!

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki